• 1

    Rejsy

  • 2

    Regaty

  • 3

    Szkolenia

  • 4

    Wypoczynek pod żaglami

Copyright 2017 - Custom text here

 

 

img_3214.jpgW sierpniu 2007 popłynęliśmy we dwóch na Bornholm, ja i Michał. W rezultacie dotarliśmy tylko do Christianso, mimo, że to ładne miejsce, powstał jakiś niedosyt, uczucie porażki. Żeglowaliśmy wtedy dobre 35 godzin non stop z Gdyni, a tu zabrakło czasu na dotarcie do wyspy i zwiedzanie. No cóż, bywa i tak. Na Christianso bardzo mi się podobało, ale zdaniem Michała sprawa wymagała poprawki. Po prostu, w następnym roku kurs na Bornholm.

 

 

 

 

img_3379.jpg

 Tak też się stało. Pewnego dnia Michał zapytał mnie czy organizuję w tym roku jakiś tygodniowy rejsik. Ustaliliśmy termin, a ja dzięki uprzejmości komandora Jacht Klubu Marynarki Wojennej Kotwica i Komendanta Ośrodka Szkolenia Żeglarskiego Marynarki Wojennej w Gdyni, załatwiłem jacht. Tak zorganizowaliśmy rejs. Niestety sternik jachtowy, który miał z nami popłynąć zrezygnował i żeby wymogom karty bezpieczeństwa stało się zadość,  trzeba było znaleźć zastępstwo. Wtedy na rejs zgłosił się Arek z Warszawy ze swoją dawną, szkolną koleżanką Agnieszką. Wypiliśmy w niedzielny wieczór po szklance whiskey świętując moje 40 urodziny i nazajutrz, w poniedziałek 18 sierpnia 2008, około 1000 wypłynęliśmy z Gdyni.

 

 

 

 

 

 

Kurs na Bornholm.

img_3322.jpgJacht S/Y Sekstant, prawie 12 metrowy slup, zadbany i dobrze wyposażony, spisywał się nieźle.
Pogodę mieliśmy zmienną, raz padał deszcz, raz świeciło słońce, raz bajdewind, raz baksztag i spinaker. Wiatr w porywach dochodził do 20 węzłów, potem zapadała cisza i padał deszcz albo zaczynało świecić słońce i robiło się gorąco. Następnego dnia, po południu, przed naszymi oczami z mgły wyłoniła się wyspa.

 

 

 

Svaneke znaczy łabędź.

img_3257.jpgJest to najbardziej na wschód wysunięte miasto Bornholmu. Położone w pagórkowatym, skalnym terenie z bezpośrednim dostępem do morza od strony wschodniej. Mały porcik wita nas światłem sektorowym i pomalowanymi na biało główkami. Skalista linia brzegowa przy Svaneke jest bardzo urozmaicona, z wieloma zatoczkami, cyplami. To bardzo malownicze i przyjazne turystom miejsce. W marinie jest dom żeglarza a w nim: prysznice, toalety, pralnia, suszarnia, kuchnia, jadalnia, świetlica, telewizor. W całym porcie jest dostęp wifi do internetu. Wszystko to, w naszym przypadku za 150 koron, płatne w automacie przyjmującym karty kredytowe, 24 h  na dobę. Jest schludnie i czysto. Bywa, że w środku lata stoi tam sporojachtów i ciężko znaleźć miejsce, brak „muringów” czy „y-bomów”. Cumujemy „longeside” do wysokiego, kamiennego nabrzeża ale dostępna jest woda i elektryczność. Samo miasto jest ładne, zabytkowe i niewielkie. Warto je zwiedzić bo jest specyficzne, nie tak bardzo nastawione na turystykę jak polskie, nadmorskie miejscowości. Ot małe, zabytkowe, rybacko - rolnicze, duńskie miasteczko.
Postanowiliśmy spędzić tam noc. Rano, po śniadaniu, mimo dość silnego wiatru, wypłynęliśmy.

 

 

Allinge-Sandvig

img_3359.jpgsą to dwa zrośnięte ze sobą miasta, położone na północy Bornholmu, dawne osady rybackie, a równocześnie miejscowości turystyczne ze 100-letnią tradycją. Posadowione na nierównym podłożu ze skał granitowych, ze skalistym wybrzeżem i wieloma zatoczkami. Wyjątek stanowi piękna plaża z wydmami położona na północ od Sandvig. Porty obu miast należą do najbardziej uroczych na Bornholmie. Nie zostaliśmy tam jednak zbyt długo. Nalaliśmy wody, podłączyliśmy prąd, zwiedziliśmy szybko małe miasteczko i dalej w drogę.

 

 

 

 

Hammerhaven

img_3489.jpgtego dnia stanowiło wyzwanie.
Mieliśmy około 22 węzłów wiatru z NE, rozbudowała się dość duża fala. Wszyscy byli zdecydowani odwiedzić ten port, a ja miałem wątpliwości. Ciekawe jaką falę i wiatr spotkamy, kiedy wyłonimy się zza północnych klifów wyspy. Zastrzegłem, że jeśli uznam, że wpłynięcie do tak źle osłoniętej mariny, przy tym kierunku i sile wiatru będzie zbyt niebezpieczne to popłyniemy najpierw na Christianso, a o ile tam też będzie w główkach niebezpiecznie, to od razu na Utklippan. Wszyscy przyjęli tą deklarację z milczeniem i smutną akceptacją. Postanowiłem spróbować wejść do Hammerhaven. Przez pewien czas szliśmy ostro na wiatr, fala chlapała przez kokpit jachtu i po chwili wśród klifów północnego Bornholmu dało się dostrzec znajomą sylwetkę zamku Hammershus i falochron mariny. Uruchomiliśmy silnik, zrolowaliśmy żagle, wywiesiliśmy na burtach obijacze i jazda z wiatrem w wąskie główki portu, przez spory przybój i kipiel. Bryzgi fal przelatywały wysoko nad pirsem, a my gnani falą pędziliśmy chwilami 8 węzłów. W takim przypadku pozwolić rzucić się fali na główkę to koniec wycieczki. Zacumowaliśmy na sześciu cumach i zrobiliśmy bandaże. Nocą i tak jedna cuma się przetarła. Jeszcze tego samego dnia zwiedziliśmy zamek, pobliskie jeziora, latarnię morską i klify.

img_3454.jpgHammerhaven to, moim zdaniem, najładniejsze miejsce na Bornholmie. Młodzież  skakała ze skał do jeziora, nad głowami wznosiły się skaliste szczyty, latały mewy, a w oddali morze groźnie biło o skały u stóp zamku, wszystko to zatopione w zieleni lasów,  łąk i wrzosowisk. Gdyby nie mewy i słony wiatr możnaby pomyśleć, że jesteśmy gdzieś w górach. Nadchodził wieczór. Wróciliśmy na jacht, idąc grzbietem klifu, w promieniach zachodzącego słońca. Rano wiatr nie osłabł, dalej groźnie wył i przerzucał pianę przez falochron i pirs. Wiatromierz pokazywał 24 węzły. Wszyscy siedzieli jak na gwoździach i czekali na moją decyzję, a ja już wiedziałem. Dopóki wiatr nie zelżeje do najwyżej 20 węzłów, nigdzie nie popłyniemy. Nie byłem na tyle pewny silnika, żeby wierzyć, że bezpiecznie przeciągnie nas przez główki. Szkoda by było zostać na falochronie. Ściągnęliśmy mapę synoptyczną z http://grib.us/  a z niej wywnioskować można było, że około 1400 wiatr osłabnie. Poszliśmy na wycieczkę, a po powrocie, z wiatromierza wynikało, że wyjście może się udać. Poszedłem na główki, wiatr zmienił kierunek i osłabł, dał szanse na wyjście, na tak zwanym „dieselgrocie”, z rozpędu. Ludzie z innych jachtów wyszli nam pokibicować. Pora w drogę, o ile chcemy dotrzeć przed zmierzchem na

 

 

Christianso.

img_3515.jpgNa tej pięknej wyspie - fortecy spędziliśmy tylko kilka godzin, do świtu, tak żeby chwilkę się przespać i nie wychodzić z portu po ciemku. Na lewo i prawo od toru wodnego podejściowego pełno podwodnych skał a  za rufą jest tylko blade sektorowe  światło. Zanim zaszło słońce i zrobiło się ciemno, zdążyliśmy obejść dookoła wyspę, pstryknąć kilka fotek, potem nastawiliśmy alarmy w komórkach i poszliśmy spać. Michał z Elą wyszli jeszcze na romantyczny spacer po wyspie, kiedy wrócili już spałem. O świcie powiał nam delikatny baksztag z prawego halsu i zrobiło się bardzo ciepło. Szybko pokonaliśmy 50 mil morskich i przed naszymi oczami ukazała się szwedzka wyspa.

 

 


 
Utklippan


img_3540.jpgto jak mówią, kupa kamieni pośrodku niczego, jest jednak latarnia morska wzniesiona na murach zabytkowego fortu, przestronna przystań, sanitariaty - sławojki, prąd, woda i to co przyciąga żeglarzy,  przepiękne widoki, dzika przyroda. Utklippan to rezerwat ptactwa i fok. Są tam naturalne kamienne baseny napełniane morską wodą podczas sztormów, która szybko nagrzewa się w słoneczny dzień, miejsca na rozpalenie ogniska, łąki, wrzosowiska, wygładzone przez morze skały i obfitość jeżyn. Po takiej przystawce, zjedliśmy obiad i wyruszyliśmy. Zbliżał się wieczór, nieopodal wielkomiejskimi uciechami wabiła

 

 

 

Karlskrona.

dsc00116.jpgMiasto leży na kilkudziesięciu wyspach archipelagu Blekinge, na skalistym, północnym wybrzeżu Morza Bałtyckiego. Centrum położone jest na wyspie Trossö. Inna wyspa, Stumholmen była dawniej własnością Marynarki Wojennej, teraz znajduje się tam Muzeum. Tor wodny podejściowy jest długi i dobrze oznakowany, wiedzie slalomem pomiędzy licznymi wyspami i budowlami, wgłąb  fiordu na którego końcu znajduje się centrum miasta i port jachtowy. Miasto przywitało nas deszczem. Na pływających pomostach były automaty do cumowania, elektryczność, woda. Dostęp do internetu niestety wymagał dość sporych opłat, prysznice płatne 5 koron. Postój kosztował 175 koron a w marinie było sporo wolnego miejsca. Jeszcze tego samego dnia poszliśmy zwiedzać okolicę. Oczywiście zwiedzanie zakończyło się w restauracji przy pizzy i tuborgu. Co ciekawe, powszechną praktyką jest wypożyczanie koców, żeby klienci restauracji nie zmarzli.
Następnego dnia od rana padał deszcz. Po obejrzeniu prognozy okazało się, że co prawda deszcz za kilka godzin przestanie padać, ale pomiędzy 2000 a 0000 możemy spotkać się z wiatrem o sile 25 węzłów, na szczęście ze sprzyjającego  nam kierunku. W strugach deszczu, odcumowaliśmy, sprzątnęliśmy obijacze i wypłynęliśmy z portu, mimo ostrzeżeń przed silnym wiatrem. Kończył się nasz charter, pora wracać.

 

 

Przyjaźń

img_3323.jpgto słowo ostatnimi czasy nadużywane. Kiedyś usłyszałem przysłowie, że przyjaciół poznaje się w biedzie,  patrząc na pogodę jaka się szykowała, to szła na nas z zachodu niezła bieda. W nocy 23 sierpnia ok. 2230 odebraliśmy mayday relay jachtu s/y Skalman (lub Skalma, transmisja byla slaba, dotarl do nas tylko relay). Helikopter koordynujący akcję ratowniczą mówił, że jacht zgłasza problem z głównym żaglem, silnikiem i jest nieoświetlony. Tym czasem, u nas wiatr osiągnął już 30 węzłów, deszcz padał zupełnie poziomo i siekł w oczy tak, że niemożliwe stało się obserwowanie ruchu statków, ani wiatromierza. Niebo i morze zupełnie zlały się ze sobą w jedną szarość. Wycie wiatru siekącego deszczem przywodziło na myśl najgorsze skojarzenia, stan morza osiągnął 5 może 6 stopni a jacht mimo zrefowanych żagli szedł w sporym przechyle. Kiedy tak mokłem przy sterze, Michał usiadł przy mnie, żeby osłonić mnie przed deszczem. Może po prostu byłem w tych warunkach ważnym elementem jachtu a może to całkiem coś innego. Około północy wiatr nagle ucichł, pozostała tylko spora fala i ciemność. Po jakimś czasie  ujrzeliśmy także rozgwieżdżone niebo, wał chmur odpłynął gdzieś na wschód. Zapowiadał się ładny dzień. Kiedy tak zmęczeni i przemoknięci zdejmowaliśmy mokre sztormiaki i piliśmy ciepłą herbatę, Ela zapytała mnie, gdzie jest ten cały romantyzm żeglarstwa i wypoczynek na jachcie. Odpowiedziałem, że romantyzm trzeba było zabrać ze sobą, taki składany i nosić go przy sobie, najlepiej w nieprzemakalnej kieszonce.

Timg_3195.jpgym czasem nastał słoneczny dzień, najpierw ujrzeliśmy wysoki brzeg w Jastrzębiej Górze, potem Rozewie i na końcu, oczywiście Cypel Helski od którego, dziwnym trafem, każdy rejs zaczyna się i przy którym kończy. Po drodze spotkaliśmy jeszcze idącego baksztagiem na swoich rejowych żaglach Fryderyka Chopina. Postawiliśmy spinaker i chwilę po zmroku spotkaliśmy go ponownie w Helu. Poszliśmy obejrzeć ten piękny bryg przy nabrzeżu, potem na rybę do Morgany i jeszcze tego samego wieczora wypłynęliśmy do Gdyni. Rano posprzątaliśmy jacht, zatankowaliśmy i pojechaliśmy do domów. Rejs dobiegł końca, tak po prostu. Kiedy już jechałem samochodem do Piły, doszedłem do wniosku, że pora wracać, wracać na morze.


A.
 
P.S. ''Dziękuję wszystkim za wspaniały rejs i miłe spędzenie czasu, a w szczególności Arkowi Kowalczukowi, za wzorowe pełnienie funkcji pierwszego oficera. ''