• 1

    Rejsy

  • 2

    Regaty

  • 3

    Szkolenia

  • 4

    Wypoczynek pod żaglami

Copyright 2017 - Custom text here

 

Po pięciu latach pływania w Chorwacji jako najemny skipper i kiedy spędza się tam po kilka miesięcy w roku, nabywa się wiedzy i doświadczeń niedostępnych podczas żeglugi na innych akwenach. Przygody, których można doświadczyć na rejsach z ludźmi często nie mającymi zbyt wiele wspólnego z jachtami i raczej bez większego wsparcia z ich strony, zdecydowanie uczą żeglarstwa.
Inną kwestią jest czy o taką właśnie naukę chodzi.

 

altDwa rodzaje imprezy – dwa rodzaje ludzi.

Pierwszą jest rejs czyli impreza zorganizowana przez biuro turystyczne, agencję żeglarską, osobę prywatną , gdzie czarterującym jacht jest ta właśnie instytucja lub osoba a skipper wynajęty jest przez nią do prowadzenia rejsu. Ma on dbać i o to żeby żadna z osób na pokładzie nie psuła wypoczynku innym. W takim przypadku, załoga zazwyczaj nie spotkała się przed rejsem, stanowi grupę ludzi, którzy postanowili popływać po Chorwacji jachtem, którzy zamierzają w łatwy sposób zdobyć staż wymagany na stopnie żeglarskie albo nabyć doświadczenia przed poprowadzeniem rejsu samodzielnie. Czasem trafi się ktoś po prostu namówiony do żeglarskiej przygody, czasem tak zwany "były osadzony" albo jakiś nerwowy pan, mający niebezpieczną pracę, którego szef wysłał na przymusowy urlop. Można zauważyć, że na tego typu wycieczkach równie często zdarzają się ludzie, dla których z różnych względów, żeglowanie po spokojnych wodach i tak stanowi coś na kształt sportu ekstremalnego. Rejs zazwyczaj ma z góry określoną trasę. Moim zdaniem należy wystrzegać się jej zmiany na prośbę większości załogi, ponieważ wystarczy jedna osoba nie zadowolona z takiej zmiany a po rejsie może rozpocząć się konflikt z organizatorem. Rejsy w gronie przypadkowych ludzi często należą do bardzo udanych, indywidua stanowią mniejszość. Trzeba tez przyznać, że ludzie decydujący się na takie rejsy nie stanowią całego przekroju społecznego. Dominują ci, lepiej sytuowani, mający więcej czasu, ciekawi przygód, czasem traktujący wycieczkę po Chorwacji jako dodatkowy urlop.

altInny rodzaj imprezy to czarter.

Tutaj czarterującym jacht jest zazwyczaj jedna z osób znajdujących się na pokładzie i to ona zatrudnia skippera. Przeważnie dla tego, że sama nie posiada wystarczających uprawnień albo uważa, że nie ma wystarczających umiejętności, praktyki, czasem zasugeruje to ktoś inny. Załogę przeważnie stanowi grupka znajomych, pracowników albo rodzina. Ze względu na to, że pracodawca skippera jest obecny na pokładzie, pojawia się dość nie zdrowa zależność. Osoba która zajęła się organizacją rejsu dalej chce zajmować się jego prowadzeniem. Niestety często koliduje to z kompetencjami i odpowiedzialnością skippera a ta odpowiedzialność dla osoby czarterującej jacht bywa nie jasna. Bezmyślne negowanie poleceń, różne nieprzemyślane decyzje związane z trasą rejsu a także upijanie się na pokładzie, brak współpracy podczas ważnych manewrów, narkotyki, bijatyki, obecność na pokładzie osób nie wymienionych w liście załogi, libacje i tańce na pokładzie jachtu będącego w drodze, grożenie nie wywiązaniem się z umowy ze skipperem albo wyrzuceniem go za burtę czy wysadzeniem w porcie to częste niedogodności z jakimi spotyka się skipper. Dodatkowym ziarnem goryczy jest fakt, że każdej z takich osób należy wystawić opinię z rejsu, nie ważne co się tam napisze, oby tylko były wpisane „godziny” a będzie to się liczyć do stażu na stopień żeglarski PZŻ. Pamiętać należy także o tym, że na jachtach typu „Bavaria” skipper w zasadzie nie ma gdzie spać ponieważ jego koja - sofa w messie jest zajęta przez balangę albo kogoś, komu nie udało się dojść do własnej kajuty, bałagan. Opcja spania na pokładzie nie zawsze jest dostępna. Dalmacja to dość spokojny akwen i chyba dla tego na czarter jachtu razem ze skipperem decydują się często ludzie zainteresowani spędzeniem czasu w zupełnie inny sposób niż żeglując.

alt Szczególną grupę stanowią osoby posiadające chorwacki patent „Voditelj Brodice ”.

Ten uzyskany w ciągu kilku dni patent w rękach osoby nie mającej uprzednio z żeglarstwem wiele wspólnego daje bardzo niebezpieczne poczucie pewności i zaufania we własne, mierne umiejętności. Odmienne koncepcje manewrów portowych i wymuszanie ich na skipperze, problemy z knagowaniem lin, obsługą radia VHF, kabestanu, kompletny brak praktyki w pływaniu na żaglach albo nocą w połączeniu z brakiem wiedzy teoretycznej moim zdaniem mogą stanowić zagrożenie dla załogi i problem dla skippera.

Typowym zjawiskiem jest tak zwane "parcie na ster". Każda z osób znajdujących się na pokładzie jachtu chce sterować. Wyjątki są nieliczne. Następnie sterując mniej więcej 15 minut, stwierdza, że robi to doskonale i nie dopuszcza krytyki ani sugestii. Jak jakiś dumny kapitan mazurskiego jachtu czy omegi. Trzeba brać to pod uwagę prognozując godzinę przypłynięcia do celu. Morze adriatyckie nie zawsze bywa spokojne. Spotkałem się tam z wiatrem w porywach osiągającym 65 kt, z wielometrowymi falami, trąbami powietrznymi, burzami z niewiarygodną ilością błyskawic, niosącymi piasek prawdopodobnie aż z Sahary. Takie warunki to rzadkość. Mają one jednak zaletę. Przestraszona załoga jest dużo bardziej "poręczna" niż ta pijana w słoneczny dzień. Po szczęśliwym zawinięciu do portu, upaja się nie alkoholem a wrażeniem pokonania „gniewu oceanu”, to bardzo korzystnie wpływa na samopoczucie i integrację.

altWalką z wiatrakami jest bezustanny spór o nie pozostawianie w czasie rejsu prywatnych rzeczy na stole nawigacyjnym, gdzie leży mapa i przybory, nie czytanie tam książek ani nie przesiadywanie przy kartkach pocztowych, krzyżówkach, przewodnikach. Jedna z osób na „moim” rejsie upodobała sobie to miejsce do codziennego czytania biblii. Mimo szystko znacznie przeszkadza to w prowadzeniu nawigacji i może doprowadzić do nieszczęścia.

Informowanie o potrzebie solidnego wypompowywania zawartości wc po użyciu, też jest mało skuteczne. Ludzie pompkę w kingstonie traktują jak spłuczkę w domu i wykonują nią najwyżej kilka ruchów. Śmierdząca ubikacja w takim przypadku to norma.

Ciekawe jest także to, że zaczynamy mieć problemy ze skutecznym wiązaniem obijaczy na relingu. Można przyjąć za pewnik, że jeżeli nie będzie się kontrolować tych węzłów, to w czasie rejsu wpadnie nam do wody obijacz co najmniej jeden raz. Moim zdaniem spowodowane jest to brakiem kontaktu przez młodzież z koniecznością wiązania jakichkolwiek sznurków. Węzły zostały zastąpione skuwkami, szlufkami, zatrzaskami, rzepami, haczykami, ...

Zakaz picia alkoholu altkiedy jacht jest w drodze to już czysta demagogia. Wypić ukradkiem, w messie sznapsa kiedy skipper nie widzi to w końcu największa przyjemność. Efektem bywa wyrażanie chęci płynięcia do Afryki albo do Włoch, rozrabianie a następnie zasypianie.

Obowiązkowym wyposażeniem osoby idącej się kąpać jest: maska, fajka, płetwy i często jeszcze apaszka, naszyjnik, czapka baseballówka, wodoodporny zegarek, kamizelka asekuracyjna albo pianka. Łatwo jest zrozumieć ludzi, którzy nie umieją pływać i muszą do kąpieli posiadać odpowiedni sprzęt ale ze zgrozą stwierdzam, że zaczęło to stanowić normę. Wygląda na to, że bez ABC już prawie nikt nie umie pływać a ilość sprzętu potrzebnego do tego, żeby po prostu się wykąpać jest horrendalna. W czasię kąpieli cały pokład jest nim zasłany a potem wszędzie go pełno bo jakoś w kabinach nikt nie chce go trzymać.

Kiedy widać, że „rufa ciągnie wodę” z powodu pełnego rufowego zbiornika na wodę, jednym z szybszych sposobów na pozbycie się balastu jest zasugerowanie załodze, że woda się kończy. Spowoduje to bardzo przyśpieszone opróżnienie takiego zbiornika przez załogę, przy pomocy pryszniców. Potem wystarczy przełączyć zbiornik albo napełnić go w porcie.

Cierpliwości wymaga altbezustanne odpowiadanie na pytania: "Daleko jeszcze?" "O której będziemy?" "Gdzie płyniemy?" "A długo już pływasz?" Niestety chyba nie ma innej możliwości jak cierpliwie odpowiadać na te pytania, może z wyjątkiem "O której będziemy?" (mój kolega odpowiada na takie pytanie „to nie tramwaj”).

Żenujące są długie rozliczania się przy restauracyjnym stoliku, po wspólnej kolacji. Jako zaproszony skipper chyba najlepiej jest na ten czas uciec do ubikacji albo w ogóle na takie imprezy się nie wybierać. Żenujące także jest wymaganie jakichś specjalnych względów albo czynności od skippera po tym jak zaprosiło się go do restauracji albo kiedy przygotowało mu się jedzenie na jachcie (załoga ma w umowie wyżywienie skippera podczas rejsu). Nie fajnie jest kiedy większość albo wszystkie produkty spożywcze znajdujące się na jachcie posiadają włascicieli. Zwłaszcza kiedy nie zamierza się zapraszać skippera do restauracji.

Nie miła bywa wojna o naładowanie smartfona z jachtowego gniazda 230v w którym, o ile nie ma generatora, napięcie pojawia się dopiero po dotarciu do portu i podłączeniu kabla. Mnie osobiście bardzo altdenerwuje, kiedy ktoś uruchamia bez pytania mojego prywatnego netbooka żeby naładować sobie smartfona z jego gniazda USB. Mam już w netbooku zepsute jedyne gniazdo USB znajdujące się na płycie głównej i używane dotychczas do nawigacji.

Wiele pań musi każdego wieczora wziąć prysznic a rano umyć włosy i wysuszyć je suszarką.Te wymagania uniemożliwiają w zasadzie stanięcie na kotwicy albo na boi zamiast w marinie.
Panowie prowadzący bardzo regularny tryb życia muszą o określonej godzinie zjeść ciepły posiłek. Niestety, Posejdon prawdopodobnie nie musi i bywa że potrafi ten rytuał utrudnić albo uniemożliwić. Panie muszą spożywać małe ilości pożywienia co około 3 godziny. Kiedy jest brzydka pogoda i jachtem kiwa nie potrafią jednak zejść pod pokład. Siedzą zmarznięte, przemoknięte i schorowane na pokładzie bo kto by zabierał do Chorwacji sztormiak. Nie przeszkadzają nawet liny pod pupą ani potrzeba wyjścia do ubikacji. Taak ... a w Polsce na pewno teraz upał.

altDo szału potrafią doprowadzić wielkie i sztywne walizki zabierane po kilka sztuk, których nie ma gdzie na jachcie włożyć. Ciekawą prawidłowością jest też to, że im mniej razy ktoś był na jachcie tym więcej bagażu ze sobą weźmie, zupełnie nie zważając na to, że nawet połowy swojego bagażu nie jest w stanie unieść. Walizki i torby pełne ubrań leżące na sofie i na podłodze w messie przeszkadzają w spożywaniu posiłków i w komunikacji nie mówiąc już o miejscu do spania dla skippera.

Zwiedzanie zabytków, pięknych miejsc jest atrakcyjne tylko dla tych co posiadają odpowiednie aparaty fotograficzne. Reszta ludzi potrafi przejść koło największego nawet cudu przyrody czy architektury szybkim krokiem kłócąc się albo opowiadając ciekawe historie. To są ci którzy wszystko już na świecie widzieli, zaliczyli, obfotografowali i chcą tylko się najeść albo upić.

Jeśli idzie o gusta kulinarne polaków to są one proste. Jeżeli załoga przyjeżdża własnym transportem, zazwyczaj wiąże się to z wielkimi zakupami zrobionymi w supermarkecie w Polsce i dość podłym jedzeniem w czasie całego rejsu (konserwy, stary chleb z Polski, słoiki z gotowymi obiadami, duże ilości dziwnego piwa). W chorwackich supermarketach kupowane są produkty maksymalnie podobne do tych dostępnych w kraju. Po kilku dniach rejsu lodówka jachtowa pełna jest malutkich serków homogenizowanych musli, jogurcików, ketchupu, serków topionych, resztek arbuza, sosów do spaghetti, bananów, mielonki, wódki i kremów kosmetycznych. Opowieści o dobrej dalmackiej kuchni, owocach, warzywach, rybach, owocach morza, prosciutto w ustach przeciętnego polaka to puste słowa. Zazwyczaj w pokładowych marzeniach jako coś najsmaczniejszego co chciałoby się zjeść dominuje kebab, golonka, schabowy, coś z KFC albo Mac Donalda. Oto nasze gusta kulinarne. Jeśli ktoś posiada gust altkulinarny to i tak dobrze. Niestety o tym co nam smakuje decydują media i dietetycy. Mam wrażenie, że głównie kobiety mogą jeść byle co albo wyrzec się jakiegoś typu pożywienia jeśli tylko jest to zalecane przez osobę której taka pani ufa. Panie często nie używają przypraw ponieważ: sól źle wpływa na nadciśnienie, od pieprzu i papryki robi się wysypka, cukier to biała śmierć, czosnek służy do maskowania zapachu nieświeżego mięsa i utrudnia kontakty z innymi ludźmi, podobnie jak cebula. Wino należy pić tylko czerwone (w Chorwacji bardziej ziemiste i ostre) bo zawiera żelazo. Nie można jeść tłuszczy wieprzowych, jajek a jogurty i napoje muszą koniecznie mieć dopisek fitness albo lite. Wlosi, Ilrowie, Turcy, Wenecjanie, Genueńczycy, Rzymianie, którzy mieli wpływ na dalmacką kuchnię, musieli być bardzo szczęśliwi kiedy tego wszystkiego nie wiedzieli. Młodzi ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rodzice robią im posiłki i nawet kiedy ich nie ma, siadają po prostu przy stole i oczekują aż da im się jeść albo przynajmniej coś każe robić. Normalne jest to, że 17-latek nie potrafi altzaparzyć herbaty albo kawy ani zapalić gazu w kuchence. Należy zwrócić baczną uwagę co robi z nożem, tarką, wrzątkiem bo do nieszczęścia wystarczy tylko chwila nieuwagi. Czarę goryczy przelewa fakt, że w Chorwacji wódka podobno jest nie dobra i piwo też. Niestety wina jako naród jakoś za bardzo nie pijemy.
Usłyszałem ciekawe stwierdzenie: „Blondyn w Chorwacji to mniej-więcej tak jak murzyn na Alasce”. Pewnie coś w tym jest. Ludzie o jasnej cerze unikają słońca. Daszek (bimini) jest przez cały czas rejsu postawiony nad pokładem. Efektem jest przeziębienie, opryszczka na ustach. Błękitnoocy nie mogą patrzeć na niebo ani morze bez odpowiednich okularów. Konieczne stają się czapki, kapelusze, zestawy kremów z filtrem UV, kremów nawilżających, antybiotyków. Ci którzy tego nie używają uznawani są za mniej cywilizowanych albo nieodpowiedzialnych. Sam się sobie dziwię jak można w upał nie opłukać się po kąpieli w morzu, nie używać kremów, czapek, okularów, nie mieć choroby morskiej i spać bez pościeli na pokładzie nie umywszy zębów :))

Polacy, zwłaszcza mężczyźni, nie dbają o stopy. Oprócz nie estetycznego wyglądu wiąże się to często z zakażeniem całej załogi poprzez drewniany pokład grzybicą stóp. Niestety jest to choroba zawodowa chorwackiego skippera i leki na tą przypadłość trzeba mieć cały czas ze sobą.

Ludzie atechnicznialt

To bardzo interesująca grupa osób. Stanowią dowód wysokiego stopnia cywilizacji nas wszystkich. Potrafią doskonale prosperować nie potrafiąc jednocześnie choćby zawiązać sznurowadeł, przykręcić śruby, obsługiwać urządzeń. Jak widać można ułożyć sobie życie tak, żeby nie istniała potrzeba wykonywania tych czynności. Dość zabawnie jest, kiedy taka osoba znajdzie się na jachcie. Niestety żeglarstwo to sport techniczny. Gdzie podziały się dzieciaki potrafiące samodzielnie naprawić swój rower, motorower, konstruujący proce, łuki, jakieś karabinki na skoble czy gwoździe. Teraz już nie może dziwić fakt, że ktoś przywiązuje jeden obijacz przez 10 minut albo zapomina na bieżąco co ma zrobić. Efektem są zerwane muringi, nie zakręcone wlewy, utopione przedmioty, zahaczające się podczas manewrów cumy. Duża pokusą dla skippera jest robić wszystkie te czynności osobiście ale powoduje to protesty załogi a kiedy tym protestom się ulegnie rezultatem są mniejsze lub altwiększe awarie. Kiedy po raz n-ty widzi się jak podczas zwrotu przez sztag ktoś wplątuje w szot swoje ręce i korbę, nakłada linę w przeciwnym kierunku, plącze ją na kabestanie, to naprawdę kusi żeby zwrot wykonać przy pomocy autopilota a szota wyluzować i wybrać samodzielnie, zanim wiatr roztarga genuę. Jako nagrodę słyszy się stwierdzenia, że bez załogi taki skipper by zginął i nic by nie mógł zrobić bo to wszystko takie skomplikowane i trudne. Po tym jak opanuje się sztukę samodzielnego manewrowania jachtem bywa, że marzy się o tym żeby podczas manewrów załoga po prostu nie przeszkadzała. Można to realizować na różne sposoby, najlepszym jest nie akcentowanie złożoności czy trudności manewrów. Powoduje to swoiste znużenie, załoga zajmuje się wtedy na przykład przygotowaniami do wyjścia w miasto zamiast przeszkadzaniem. Zauważają wtedy, że oni nadal są w kąpielówkach podczas gdy dopływamy do jakiegoś miasta czy skwerku. Panie gorączkowo zaczynają wykonywać wyjściowy makeup. Ciekawi tylko jedna nieścisłość. Organizator wycieczki przeważnie pisze, że skipper jest świetny, wszystko umie i może prowadzić jacht samodzielnie. Dlaczego w takim razie obiecywane są opinie z rejsu z odpowiednią ilością godzin. Za bycie pasażerem?

I na koniec prośba, kiedy skipper chcealt zostać na jachcie zamiast iść z wami do miasta, nie namawiajcie na siłę. Może chce rozliczyć się z (waszych) pieniędzy, naprawić jacht, wybrać wodę gdzieś z zezy, zdać organizatorowi relację z rejsu, porozmawiać z kimś bliskim, przespać się, poopalać (na ropę :)) wreszcie bez stosownego dla skippera ubioru, pouczyć chorwackiego żeby potem zaszpanować, wyżreć coś z lodówki, ... Większość z tych rzeczy stanowi dla niego większą wartość niż zwiedzanie w upał po raz nie wiadomo który tego samego miasta albo te same krępujące sceny w restauracji.

Skoro jest tak źle to po co w tej Chorwacji pływać? Bo chyba nie dla 100 - 150 zł za dobę? Po to, żeby jescze raz zobaczyć ten piękny zakątek i może zapomnieć o tym, że jedną z naszych narodowych cech jest narzekanie.

A

Kolega, który przeczytał ten tekst, zapytał czy rzeczywiście tylko dla tego lubię żeglować w Chorwacji i gdzie te dykteryjki. Rzeczywiście, jest wiele innych powodów dla których lubię Chorwację. W pamięci szczególnie utkwił mi jeden.


altW południowej części Dalmacji jest porośnięta lasem górzysta wyspa. Jej północna część, porozcinana fiordami, kanałami okalającymi mniejsze wyspy w głębi lasu kryje kilka słonych jezior, połączonych strumieniami i cieśninami. Na jednym z jezior jest wyspa a na wyspie zamek a raczej były warowny klasztor. Do jeziora z malowniczej, leśnej zatoki wiedzie stroma ścieżka albo trochę dłuższa wąska i kręta, asfaltowa droga. W tym roku pierwszy raz byłem tam na początku maja. Wkoło pełno kwiatów. Pachniał las i nie było jeszcze tylu turystów co w środku lata. Było pięknie. Kiedy zacumowaliśmy do knajpianej kei w zatoce, załoga poszła w las a ja poszedłem spać. Około 21:00 wszyscy wrócili i wtedy wyszedłem. Wypożyczyłem rower i postanowiłem pojechać nad jezioro korzystając z tego, że parkowi strażnicy-bileterzy porozjeżdżali się do domów. Kiedy tak jechałem z latarką w zębach i mówiłem: ”dryń dryń”, ” excuse me”, "eoeo ti tit” do chodzących środkiem chodnika altturystów, spotkałem załogę. Zapytali mnie gdzie jadę a następnie dziewczyny wypożyczyły jeszcze 3 rowery i pojechaliśmy razem. Była pełnia, kąpaliśmy się w jeziorze i piliśmy wino. Następnie podczas powrotu jedna z koleżanek z rozpędem wjechała rowerem do morza w głębokim miejscu. Podobno coś nie wyszło na zakręcie, łańcuch spadł. Na szczęście nic się jej nie stało. W końcu jak to mówią "pijana kobieta to półtora komandosa" no i pieszo przez morze to ja jeszcze rozumiem ale rowerem? Kiepski ten skrót do jachtu. Żartom nie było końca. Nazajutrz popłynęliśmy do Korczuli obejrzeć dom Marco Polo.

Minęły może 2 tygodnie. Już z inna załogą przypłynąłem jeszcze raz na wyspę. Był czerwiec i nów. Jak to często bywa, do zatoki leżącej na końcu długiego fiordu, dotarliśmy po zmroku. Było bardzo ciemnio i cicho ale bezchmurne niebo iskrzyło się milionami gwiazd. Była piękna i ciepła noc. Mając w pamięci ostatni wyczyn postanowiłem jeszcze raz pojechać nad jezioro ale tym razem sam. Do kieszeni wziąłem puszkowe piwo, w zęby telefon komórkowy z latarką i ruszyłem. Usiadłem nad brzegiem jeziora w kompletnej ciemnośaltci i ciszy. Patrzyłem jak gwiazdy odbijają się w lustrze wody. W oddali jakieś odgłosy leśnych zwierząt. Była może północ. Otworzyłem piwo i położyłem się na plecach patrząc w gwiazdy. Kiedy wstałem zobaczyłem, że gwiazdy w jeziorze odbijają się dużo mocniej przy samym brzegu a nawet zdecydowanie zbyt mocno. Pogrzebałem palcem w tych odbiciach i stało się ich jakby więcej. Pomyślałem, że skutkiem alkoholizmu są raczej białe myszki a nie niebieskawe iskierki w wodzie. Zdjąłem buty i wszedłem do jeziora żeby przyjrzeć się zjawisku. Wokół moich stóp pojawiła się i rozpierzchła na boki cała masa niebieskawo świecących punkcików. Kiedy zacząłem pływać w jeziorze, efekt stał się nieprawdopodobny. Wokół mnie świetlista aureola a z tyłu ciągnął się długi, stopniowo przygasający kilwater pięknie widoczny zwłaszcza pod wodą, bardzo czystą i ciepłą. Bałem się, że blask zobaczy jakiś strażnik, przez noktowizor. Nie byłem pewien gdzie jestem i czy wolno się tam kąpać. Wyspa z klasztorem zdawała się niebezpiecznie zbliżać. Postanowiłem zawrócić. Obrałem przybliżony kierunek i popłynąłem przez ciemność jak jakiś przedziwny, otoczony świecącymi satelitami statek kosmiczny. Po drodze przyszło mi do głowy, że rower i ubrania altzostały na brzegu a teraz nie mogę ich znaleźć. Pływałem dłuższą chwilę wzdłuż brzegu, poobijałem się o skały i wbiłem sobie całkiem sporo kolców jeżowców. Następnie wyszedłem na brzeg i po jakichś 30 min wszystko znalazłem. Byłem zmarznięty i bardzo szczęśliwy. W międzyczasie po drodze, nad jeziorem przejechał bardzo powoli samochód, jakby czegoś szukał albo coś sprawdzał. Kiedy wróciłem na jacht, położyłem się na pokładzie, przed masztem, na materacach z messy. W uszy włożyłem ulubioną muzykę i zasnąłem patrząc w gwiazdy.

Kiedy dzisiaj wspominam mój żeglarski sezon, wiem, że to był najfajniejszy dzień i zapamiętam go na długo. Świecący plankton widziałem już wcześniej na Morzu Północnym. Jednak siła z jaką świecił on w tym chorwackim jeziorze była niewiarygodna. Podobnie jak całe to wspomnienie.

Dla E.
http://www.youtube.com/watch?v=JTXo-8MEBaw