• 1

    Rejsy

  • 2

    Regaty

  • 3

    Szkolenia

  • 4

    Wypoczynek pod żaglami

Copyright 2019 - Custom text here

Galeria kliknij
Rejs zaczynał się w trochę mniejszym składzie. Kilku uczestników zrezygnowało, jedna osoba zrobiła to kiedy wsiadaliśmy już do samolotu  w Gdańsku. Pozostało nas sześcioro. Na pokład weszliśmy w sobotę wieczorem. Poprzednia załoga zeszła na ląd w piątek i oględnie rzecz ujmując, widać było, że jacht przetrwał trudne chwile na morzu.   

                
           
        Nie musieliśmy już się spieszyć, żeby podjąć załoganta w Aberdeen. Postanowiliśmy zostać jeszcze jedną noc w Edynburgu. Wysprzątaliśmy jacht, wysuszyliśmy i wypraliśmy co się dało, oczyściliśmy zęzy, platnalaliśmy wody do zbiorników, podzieliliśmy się na wachty, zrobiliśmy zakupy, pozwiedzaliśmy Edynburg, odwiedziliśmy przeróżne puby i restauracje a w poniedziałek, wcześnie rano, z wysoka wodą wypłynęliśmy do Aberdeen. W Edynburgu pływy są dość wysokie, podczas niskiej wody jacht przy kei, w najgłębszym miejscu i tak był solidnie zakotwiczony w mule. Podczas odpływu, zaraz po wysokiej wodzie, pięknie sumują się prądy pływowe z dość słabym nurtem rzeki Forth, jest to dobry moment na wyjście z portu. Prognoza mówiła o braku wiatru, zapowiadało się długie pływanie na silniku. Po ciepłym i bezwietrznym dniu na morzu, była ładna, gwieździsta noc. Pojawiły się pojedyncze delfiny, latały nie występujące u nas gatunki ptaków morskich. W nocy obserwowaliśmy caćmienie księżyca. Siedzieliśmy niejako w pierwszym rzędzie, na wprost gwieździstego nieba, z dala od lądu, gdzie widoczność psują światła miast. Spektakl trwał kilka godzin a nad ranem, po wyminięciu platform wiertniczych, powiała poranna bryza i Tornado szybowało momentami przekraczając 10kt.

        Aberdeen to duży ośrodek przemysłowy Szkocji. Jachty, zwłaszcza posiadające AIS traktowane są jak statki. Należy zgłaszać się przez radio do VTS, uzgadniać moment wejścia do portu, uzyskać pozwolenie na przybicie do konkretnego nabrzeża i wykupić je na okres 5 dni. Brak tam mariny, dostępu do wody i prądu. kirk1Dominują statki obsługujące platformy wiertnicze na Morzu Północnym. Kapitanem jednego z nich okazał się Polak. Zapraszał nas przez radio na śniadanie, na swój statek, niestety załoga wolała odespać noc na wachcie i zwiedzać miasto. Kiedy odpływaliśmy, zbliżył się swoim wielkim statkiem do nas, użył syreny i machał do nas z mostka. To było niesamowite. W Aberdeen pływy są jeszcze większe niż w Edynburgu. Wynoszą ponad 4m i konieczne jest luzowanie i wybieranie cum, kolejka wacht musiała działać dalej. W porcie i na torze podejściowym jest głęboko. Ustaliliśmy dogodną godzinę wypłynięcia z portu i zwiedzaliśmy Aberdeen w podgrupach. W mieście jest sporo marketów, restauracji, pubów, jest bardzo ładna i stara katedra, ośrodek akademicki, starówka i rynek. Szkoda, że nie pomyślano o infrastrukturze dla żeglarzy.

        Nalaliśmy wiadrami wody do jachtowych zbiorników, po południu zameldowaliśmy do VTS wyjście z portu i wypłynęliśmy do Kirkwall. Dostaliśmy ostrzeżenie o mgle. Ustawiliśmy się w kolejce dużych statków bardzo delikatnie manewrujących, żeby wypłynąć z portu, bez robienia fali, bez zbliżania się do gęsto ustawionych sąsiadów. Wiał słaby południowy wiatr, próbowaliśmy żeglować baksztagiem a prognoza była taka, że czekała nas kolejna noc na silniku. lerw2Stało sie jednak inaczej.Szliśmy półwiatrem na zarefowanym grocie, zrobiła się dość nieznośna fala a załodze dała się we znaki choroba morska. Mnie martwiło to, że mieliśmy opóźnienie i w wąskich cieśninach przed samym miastem dopadną nas przeciwne prądy i niska woda. W cieśninie przy Saeva Ness mieliśmy przeciwny prąd o sile 3.5kt, słabł wiatr, zbliżał się wieczór. Wieczór jest tam pojęciem względnym bo przekonaliśmy się, że ciemno zaczyna się robić dopiero około godz 23. Kiedy sprawdzaliśmy poziom paliwa, okazało się, że miarka nie sięga do dna zbiornika i być może paliwa zostało bardzo mało. Miałem duże opory przed uruchomieniem silnika. Wolałem zostawic paliwo na podejście do kei. Żegluga zaczynała jednak przypominać rafting, wokół pełno było mielizn, osuchów i skał. Uruchomiliśmy silnik i z prędkością względem dna 1kt posuwaliśmy się do celu. Okazało się także, że nie możemy zrolować głównej genuy. Roller odmówił pracy. Zaciął się gdzieś na głowicy. Po wielu próbach udało się zrolować przy pomocy dźwigni z wielkiego klucza nastawnego. Patrzyłem z pokładu na sielski krajobraz i przypomniała mi się szanta ze słowami „Trawą i kwiatami zawsze pachnie ląd”. Rzeczywiście, ten ląd można znaleźć po zapachu, nawet we mgle i to nie tyle po zapachu trawy i kwiatów co po zapachu owiec i tego co po sobie zostawiają. Marina była pełna, po kilku przymiarkach znaleźliśmy miejsce longside, przy innym jachcie i dopiero rano udało się zacumować przy kei. Rano zatankowaliśmy do pełna paliwo a resztę zostawiliśmy na zapas w wielkim kanistrze. Podczas konwersacji radiowych przekonałem się, że tutejszy dialekt dość daleki jest od literackiego języka angielskiego. Dochodzi do tego zdziwienie lokalnych rozmówców, że się ich nie rozumie i sylabizowanie wyrazów albo jakieś zniecierpliwienie.

        Kirkwall to stolica Orkadów, jest tam marina z infrastrukturą, dostępne są pomieszczenia jachtklubu z prysznicami, pralkami, suszarkami itd. Załoga postanowiła wypożyczyć samochód i zwiedzić pobliskie kamienne kręgi, lerw1wykopaliska z epoki neolitu, obejrzeć piękne widoki. Po wykonaniu na jachcie niezbędnych prac, poszedłem na rybę z frytkami – angielski przysmak. Trzeba przyznać, że to było coś. Porcja była ogromna, ryba pochodziła z kutra i nie była nawet mrożona a frytki były cięte z kartofli na miejscu. Marzyła mi się wyprawa nurkowa do ScapaFlow ale ceny były zaporowe i raczej nie starczyłoby nam na to czasu. Wsiadłem w autobus i pojechałem do Stennes obejrzeć słynne Standing Stones of Stennes i Ring of Brodgar. Po drodze znalazłem małego królika, nadgryzionego przez jakąś kunę. Zabrałem go do plecaka i oddałem w stacji benzynowej, gdzie wspólnie zadzwoniliśmy do weterynarza. Miejscowy dialekt języka angielskiego zaczął mnie przerażać. Jacyś goście w autobusie śmiali się i pytali mnie co mam w plecaku, powiedziałem że lembasy z Shire.

        Fair Isle to mała wysepka pomiędzy Szetlandami i Orkadami. Mieszka tam naprawdę mało ludzi, pełno jest owiec i rozległych łąk w pobliżu klifów, trawiastych wzgórz i pięknych widoków. Główną atrakcją są jednak maskonury. Tych ptaków jest tam całkiem sporo. Było nawet obserwatorium ornitologiczne ale maskonury1spłonęło którejś nocy w niewyjaśnionych okolicznościach. Dla nas Fair Isle dostępna jest przy niskiej fali i przy słabych wiatrach o wszystkich kierunkach z wyjątkiem północnego i północno wschodniego. W przeciwnym wypadku, w główkach przystani robi się groźny przybój a nieznośna fala daje się we znaki w porcie. Tornado może zacumować przy głównym pirsie, tylko w końcowej jego części i to nie przy niskiej wodzie. Jeśli dołożyć do tego słoneczna pogodę, można zdać sobie sprawę jak dużo mieliśmy szczęścia. Widoki zapierają dech w piersiach, maskonury jakieś mało płochliwe się wydają. Nogi same niosą w plener, żeby tylko napatrzeć się na widoki jak z pocztówek. W przystani pływały foki. Nad głowami kręciły się nieznane mi gatunki ptaków morskich. Wielkie wystrzyżone przez owce łąki obfitowały w kwiaty, ptasie gniazda, nory królików, maskonury. Poszliśmy zwiedzić latarnię morską na drugim krańcu wyspy. Był upał i można było po prostu zasnąć na łące w chłodnej morskiej bryzie. W nocy przekonałem się, że przy niskiej wodzie jacht dosięga kilem dna. Skracałem cumy, przeciągnąłem jacht na sam koniec pirsu i wtedy szorowanie o dno ustąpiło. Po prostu nie można tam parkować przy fali i niskiej wodzie. Przydałaby się dobra kotwica i ponton. Woda w morzu nie była bardzo zimna a w przystani jest piaszczysta plaża. Po tej jednodniowej wizycie część załogi zaczęła snuć dalekosiężne plany, jak to zrobić, żeby spędzić na tej malowniczej wyspie przynajmniej tydzień. Nad ranem pogoda wróciła do normy, przyszły mgły, zaczął delikatnie kropić deszcz, zerwał się dość silny południowo wschodni wiatr. Ostatnie zdjęcia maskonurów i w drogę. Zaraz po wyjściu z zatoki North Haven, spotkała nas silna fala i to pod dość niekorzystnym kątem, prawie prostopadle do burty. Wiało około 20kt z baksztagu prawego halsu. Była mgła, u załogi pojawiła się choroba morska. Na szczęście wiatr odkręcił się na północno wschodni i dużo łatwiej było żeglować w takich warunkach bajdewindem.

        Do Lerwick mieliśmy dotrzeć bardzo szybko ale Neptun jak zwykle miał w tej kwestii inne zdanie i główki portu minęliśmy dobrze po północy. Tu tez marina była pełna. Po kilku rundkach HarbourMaster wyznaczył nam miejsce przy swoim biurze, nieopodal przystani promowej. Znowu nie mieliśmy dostępu do wody ani elektryczności. Po wykonaniu kilku prac na jachcie, poszedłem zwiedzać miasto. Spotkałem tam Basię. Oświadczyła, że jedzie autobusem sundal2do latarni morskiej na drugim krańcu wyspy, zabrałem się z nią. Na miejscu było naprawdę pięknie. Szkocki zamek na skraju morza, wielkie zielone łąki aż po horyzont, klify, mnóstwo ptaków, konik pętający się po wielkim zielonym pastwisku. Obejrzeliśmy pradawne siedziby wikingów w pobliżu zamku i udaliśmy się do latarni morskiej Sumburgh Head. Dowiedzieliśmy się tam, że w pobliskiej zatoce przebywa stado wielorybów. Całą drogę powrotną (kilka kilometrów po łakach) przebyłem na boso. Trawa zjedzona przez owce przypominała miękki dywan. Nad głową latały: mewy, wydrzyki, petrele, głuptaki, maskonury, rybitwy, … a z klifów rozpościerał się przepiękny widok na morze. Poszliśmy na wielka pusta plażę, gdzie zbierałem wielkie muszelki i wygrzewałem się w słońcu. Do autobusu została nam jeszcze godzina. Po powrocie przekonałem się, że załoga doskonale bawi się w portowym pubie przy jakimś lokalnym piwie. Zostało tylko kilka godzin na sen i w drogę na drugą stronę Morza Północnego, do Norwegii. Kiedy wypływaliśmy, pogoda w przeciwieństwie do prognozy zaczęła się psuć. Po wypłynięciu wiatr przekraczał 30kt i rozbudowała się wysoka fala, zapadał zmierzch, kierunek wiatru zmienił się na prawie całkowicie przeciwny po zawietrznej były wielkie klify. Kilka godzin męczyliśmy w tych warunkach silnik a potem udało się odpaść i postawić małego foka. Nie obeszło się bez problemów. Postanowiłem przez cały niebezpieczny odcinek trasy sterować osobiście. Poprosiłem kolegę z innej wachty żeby się ubrał i wyszedł na pokład. Trzeba było tylko otworzyć easylocka od rollera i wybrać szot. Roller się jednak zaplątał. Kolega powiedział, że nie da się postawić foka. Oddałem mu ster i postawiłem żagiel. Niestety w międzyczasie inny członek załogi potknął się na manetkę i dodał gazu do oporu, kolega wyostrzył do linii wiatru a szalejący żagiel i szot uderzył mnie wielokrotnie, rozbijając tablet, który wisiał mi na szyi pod sztormiakiem, wyrzucając za burtę korbę od kabestanu. Zanim dobiegłem do steru jeszcze kilka razy oberwałem szotem. Potem morze uspokoiło się i podróż do Norwegii przebiegała bardzo miło. Po południu następnego dnia ujrzeliśmy ląd. Celem było Haugesund, dość spora miejscowość na zachodnim wybrzeżu, powyżej Stavanger. Z locji wynikało, że dostępne będą wszelkie wygody portowe, prąd i woda.

        Norwegia bardzo różni się od Szkocji. Pełno tu handlowych uliczek, knajpek, restauracji. Fasady domów są bardzo zadbane, na parapetach i w oknach kompozycje z kwiatów, obrazów, jest bardziej czysto niż w Szkocji. Niestety ceny są nie na nasza kieszeń. Kupiliśmy brakująca korbę od kabestanu, zjedliśmy wykwintne dania, skorzystaliśmy z ładnych łazienek, wypiliśmy bardzo drogie piwo, nalaliśmy wody do zbiorników i następnego dnia rano wyruszyliśmy do Sundal. Sundal to prawdziwa perełka norweskich fiordów. Na końcu fiordu, zaraz za wodospadem, jest maleńka przystań i pole namiotowe. Tuz za polem namiotowym rozciąga się piękna górska dolina a na jej końcu kilka sporych górskich jezior i wodospadów. sundal3Zaraz za nimi jest pole piargów jeszcze jeden wodospad bijący wprost z lodowca. Dookoła żywej duszy nie widać, tylko owce z dzwoneczkami i góry. Pojęcie szlaku jest tam bardzo umowne, strzałki wskazują w zasadzie tylko kierunek. Niby szlak a tak naprawdę owcza ścieżka wiedzie przez rwący potok, stromym podejściem po skałach, przez piargi, do ładnej łączki nad strumieniem. Owce nie boja się ludzi, mają dzwoneczki na szyi i można je pogłaskać (kopa albo baranka raczej też można dostać). Wróciłem sporo po 23, nie szczędziłem sobie kapieli w jeziorkach zrobionych przez wodospady, kapieli w jeziorze i wspiąłem się aż do czoła lodowca. Na górze pogoda był diametralnie inna niż w przystani. Po prostu panowała tam zima. Szykowałem się także na narty w letnim ośrodku narciarskim na lodowcu Fonna ale ze względu na upały wyciągi narciarskie zostały zamknięte na kilka dni przed naszym przyjazdem. Niedaleko Sundal do fiordu wpada wodospad. Daje to denerwujące odczyty na sondzie. Pokazuje ona kilka metrów głębokości i tkwi w błędzie aż do momentu opuszczenia Sundal. Nie działał też GPS ze względu na sąsiectwo wysokich gór. AIS także stracił kontakt z kimkolwiek i piszczał. Miałem dostęp tylko do sieci komórkowej 2G a internet działał tak jakby go w ogóle nie było. Biedna młodzież nie mogła sundal1użyc tripadvisora ani googla ani facebooka i nie mogła bez tego wyjść na wycieczkę. Poszedłem więc sam i to była moja najfajniejsza w życiu górska wycieczka. Nie chciało mi się wracać. Jacht stał zacumowany longside do dwóch starych szkunerów. Następnego dnia o 4 rano wszyscy razem wypłynęliśmy.

        Kolejnym portem było Osoyro. To śliczna wypoczynkowa miejscowość niedaleko Bergen. Kąpaliśmy się w morzu patrząc na lodowiec, siedzieliśmy na piwie i w pizzerii. Wcześnie rano popłynęliśmy do Bergen. Po drodze minęliśmy piękne zatoczki i wyspy, których nie było na mapach. Do Bergen dopłynęliśmy około południa. Okazało się, że jak zwykle w marinie brakuje miejsca. Na wszystkich zrobiło wrażenie to jak przybiliśmy do nabrzeża, przed dziobem i za rufą pozostało może około metra wolnego miejsca. Chyba największą atrakcją turystyczną Bergen jest kolejka na pobliskie wzgórze. Wycieczka zapewnia piękne widoki. Wieczorem poszliśmy do irlandzkiego pubu z muzyką na żywo. Angielskie wersje szant grane były do rana a raczej do chwili kiedy akordeonista przedawkował. Bergen to był najbardziej na północ wysunięty port całej naszej wycieczki. Trudno było stwierdzić, czy jasne niebo nad głową to jeszcze zachód słońca, czy już nowy dzień.

  Andrzej Mesojed

 

 film

 

 

y

 

 film

 film

 film

 film

 film

 film

 film

 film

 film

 film

 film

 film

 film

 film

 film