• 1

    Rejsy

  • 2

    Regaty

  • 3

    Szkolenia

  • 4

    Wypoczynek pod żaglami

Copyright 2017 - Custom text here

 

Historia ma swój początek w lipcu 2011. Uwikłałem się wtedy w rejs, który okazał się oszustwem od samego początku a sprawa znalazła swój finał w sądzie. Szczęściem w nieszczęściu okazał się to, że mimo zmarnowanego sezonu, jedna ze znanych, żeglarskich firm zaproponowała mi prowadzenie kilku rejsów po Morzu Północnym.


IMG 3042Trasa rejsów piękna, wybrzeża Holandii, Belgii, Francji i Anglii. Prognoza pogody ściągnięta pospiesznie przed rejsem, mówiła o silnym wietrze NE i o przelotnych opadach. Po przejęciu jachtu i zasztauowaniu zapasów poszliśmy a raczej popłynęliśmy promem do Amsterdamu na „portowe uciechy”. Nazajutrz trochę walki z cumami, obijaczami i już płyniemy do Ijmuiden, tak żeby zdążyć wyjść ze śluz z odpływem i dotrzeć do Dunkierki w najbardziej korzystnym momencie pływu. Z prognozy wynikało, że za śluzami możemy spotkać się z dużą falą i wiatrem o sile do 30 w. Ubraliśmy sztormiaczki i pożegnaliśmy Amsterdam. Wkrótce za rufą pozostał groźny falochron i morska farma wiatraków. Wkrótce też opuściliśmy tor wodny do Ijmuiden i skręciliśmy na wiatr, pod fale. Stary Dufour 43.4 sprawował się dobrze. Przy grocie na drugim refie i z postawioną w całości genuą II jacht dzielnie rozbijał fale i pruł około 7 w. licząc prędkość po wodzie. Postanowiłem oddalić się od brzegu, żeby ominąć tor podejściowy do Rotterdamu i liczne w tym rejonie platformy wiertnicze. Zapowiadał się ładny, żeglarski wieczór. Oddałem ster koledze, popatrzyłem chwilkę czy dobrze mu idzie i zszedłem pod pokład, do toalety. Doceniając chwilkę wolności zacząłem rozbierać się z mokrego sztormiaka, tych wszystkich polarów, szelek itd. ale Licho nie śpi, nagle usłyszałem z pokładu jakieś strzępy głośnych rozmów, krzyki, po chwili solidny przechył potem jeszcze jeden i jeszcze jeden, głośny łopot i kilka głosów na raz wołających mnie na pokład. Kiedy spojrzałem przez zejściówkę na grota to w zasadzie groty były już dwa. Grot górny łopoczący jak wielki proporzec i grot dolny trzymany jeszcze częściowo szkentlą. No cóż, zarolować się tego raczej nie da, rozdarcie jest na szyciu a nie na brycie. Trzeba jak najszybciej sprzątnąć to coś z masztu i sprawdzić, czy da się dopłynąć na samym przednim trójkącie, ewentualnie z silnikiem. Podmiana grota w tych warunkach nie wydawała się dobrym pomysłem. Z gpsa i pobieżnych namiarów na kilka świateł wyszło, że mimo dość dobrej prędkości po wodzie, w zasadzie nie poruszamy się do przodu. Jedyną, mądrą decyzją wydawało się przestać walczyć z prądem, odpaść i wpłynąć do najbliższego portu. IMG 3098Tak też zrobiliśmy. Padło na Nieuwpoort w Holandii. Magdalena, która jak się okazało, była za sterem, kiedy grot nie wytrzymał, powiedziała: „widzisz, licho nie śpi” reszta załogi zaczęła się śmiać. Potem dowiedziałem się, że jej przezwisko to „Licho”, że zawsze tak wieje, kiedy żegluje a jej hobby to ogólnie rzecz ujmując surwiwal i sporty ekstremalne. Na trawniku, w marinie rozłożyliśmy poszarpanego grota, obok dla przymiarki położyliśmy zapasowy. Niestety o zaszyciu samodzielnie takiej dziury nie było mowy. Nazajutrz popłynęliśmy dalej. Licho jakoś nie rwała się do steru. Kilka portów dalej czekała nas przeprawa w silnym wietrze z Calais do Ramsgate, w poprzek Cieśniny Kaletańskiej, bokiem do fali i jeszcze w poprzek jednego z najbardziej na świecie ruchliwych torów wodnych. Nad ranem z wojaży po porcie wrócił kolega z dwoma winami w kieszeniach, opowiadał coś o moulach w Calais i bojole’ach. C'est la vie, pośpi sobie po drodze do Anglii. Nie udało się naładować akumulatorów w porcie, radaru mogliśmy używać tylko przez chwilkę. Zamiast tego był mniej prądożerny odbiornik AIS. Wadą było to, że przy takim stanie morza byliśmy dla statków mało widoczni. Zrobiliśmy kilka P1010002zwrotów przez sztag, kilka stanięć w dryf, hałasowaliśmy silnikiem, wszystko po to żeby nie dać się rozjechać pędzącym gęsiego statkom. Jeszcze tylko chwilka i osłonią nas klify Dover, pomyślałem. W oddali widać już było South Foreland Light , zupełnie jak w szancie autorstwa pewnego kapitana z STS Fryderyk Chopin. Ale fala chyba nie zamierzała się zmniejszyć, wiatr nie słabł. Zbliżał się wieczór a my byliśmy spychani na wschód. Po chwili stało się jasne, że tym kursem trafilibyśmy gdzieś do Norwegii a nie do Anglii. Trzeba było zrobić jeszcze jeden zwrot przez sztag. Manewr z pomocą silnika udał się całkiem nieźle. Niestety drugi, zapasowy grot zyskał małą dziurkę tuz powyżej pierwszego brytu. Zanim ktokolwiek się zorientował zrolowałem rozdarcie i kontynuowaliśmy żeglugę. Po kolejnym zwrocie, Licho zapytała czy może chwilkę posterować. Sterowała dzielnie a ja stałem obok i patrzyłem. Po chwili, ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem jak w grocie powstaje kolejne pęknięcie i jak zatrzymuje się na granicy brytu. Szczęka mi opadła. Razem z załogą zrolowaliśmy grota prawie do zera, uruchomiliśmy silnik i kurs prosto w główki Ramsgate. Niestety, na skutek tej całej bitwy z „gniewem morza” była to godzina, o której nie P1020087mogliśmy wejść do mariny ze względu na odpływ. Zawróciliśmy, trzeba było pomęczyć się jeszcze dobre dwie godziny. Już po zmroku, mimo silnego poprzecznego prądu, dużej fali i szczątków grota na maszcie, z impetem i dużym zapasem miejsca płynęliśmy wreszcie do portu. Tym razem „na czysto”. Ściągało nas niemiłosiernie na falochron, gdzie przy takiej pogodzie czekałaby nas śmierć. Po przeciwnej stronie toru, dla odmiany, mielizna. Bryzgi fal rozbijały się o kamienie i gnane wiatrem wpadały do portu. Dawało to interesujące efekty w połączeniu z kolorowymi światłami wewnątrz portu. Pamiętam jak wyciskałem z silnika 2800 obrotów/min a załoga przypięta do relingu, w kamizelkach ratunkowych śpiewała szanty żeby dodać sobie otuchy. Koledze zerwało z głowy czapkę i nawet się za nią nie obejrzał. W środku mariny czekała nas zabawa z żaglami, obijaczami, cumami, osuchami, mieliznami. Po środku portu kręciła się na motorówce policja gotowa nam w razie czego pomóc. Dziwnie patrzyli na jacht pod holenderską banderą z wypisaną po grecku nazwą, nomen omen wywodzącą się od silnego pólnocnego wiatru „Meltemi” ale z załogą mówiącą po polsku. Martwiłem się, co się może stać, jeśli komuś z załogi przyszło do głowy wziąć sobie z Amsterdamu „P1020100towar na wynos”. Pewnie by była „fajna” afera międzynarodowa. Bosman kazał nam się wcisnąć, przy tym wietrze, w wąskie, wolne miejsce longside do (na szczęście) pływającej kei. Nie pomógł przy cumach a nam było trochę trudno zaparkować, zwłaszcza bez steru strumieniowego. Wszystko dobrze się skończyło i z całego tego szaleństwa śmialiśmy się wspólnie przy kuflu piwa. Podczas rejsu starałem się nie pić alkoholu, ale po zaparkowaniu, kolega Leszek powiedział, że jest przeciek u niego w kabinie i że pełno jakiejś żółtej wody tam stoi. Powiedział, że sami nie dadzą sobie z tym rady i żebym przyszedł coś z tym zrobić. Okazało się, że czekały tam kieliszki piołunówki własnej roboty. Licho wydawała się być w siódmym niebie.

 

  


IMG 1023Minęło kilka lat i w 2013 roku miałem poprowadzić kilka rejsów w Grecji. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dostałem smsa od Licho. Bardzo się ucieszyłem na to spotkanie, ale pojawiła się też jakaś mała nutka niepewności.

Zapowiadał się fajny rejs. Jak to najczęściej się dzieje, wszystkie z tych rejsów trwały 7 dni, zaczynały się i kończyły w Alimnos, w Marinie Kalamaki. Już w pociągu do Warszawy spotkałem pierwsza grupkę znajomych, następną na lotnisku, następną po odprawie a następną w samolocie. W rezultacie w samolocie około 10% pasażerów stanowili moi znajomi.
Marina Kalamaki jest brzydka, leży w mieście, przy ruchliwej ulicy. W odróżnieniu od na przykład chorwackich przystani, pirsy są betonowe, jeżdżą po nich samochody i motocykle, toalety są małe i okropne. Tu i ówdzie pętają się bezpańskie psy, widać sterty śmieci, kupy, porozlewany olej, paliwo, biegające karaluchy. Sytuacja staje się jeszcze gorsza, kiedy spadnie deszcz. Betonowa, gładka keja robi się wtedy śliska.
Nasz jacht stał przy pirsie nr 2, na samym skraju mariny. Właśnie wrócił z Rodos i było sporo naprawiania. Zlany potem skończyłem przejmować jacht około godz. 16. Zgodnie z prognozą, był upał i północny wiatr o sile do 30 w. Licho nie IMG 0967spało a Meltemi wiało, nawet typ jachtu taki sam jak wtedy na Morzu Północnym. W załodze znalazła się dwójka osób typowo nastawionych na pogodę plażową i zwiedzanie. Postanowiłem zmodyfikować trasę rejsu, tak żeby najpierw wykąpać się w pięknej zatoczce na wyspie Moni a następnie, będąc osłoniętym od wiatru, zwiedzić śliczne miasteczko, jakim jest Hydra. Walka z „gniewem morza” po nocach chyba nie wszystkich interesowała.
Było przepięknie, wykąpani i najedzeni płynęliśmy do Hydry. Tam jednak czekała na nas pierwsza atrakcja. Brak miejsc, silne podmuchy wiatru, policja obserwująca z brzegu żeglarskie starcia. Znaleźliśmy miejsce, w pośpiechu rzucamy kotwicę z dziobu i już prujemy na wstecznym prosto w dziurę pomiędzy jachtami i jakimś kutrem, aż tu nagle niespodzianka, tabliczka „no mooring” i nazwa jakiegoś jachtu albo kutra. Panie policjantki już do nas gnają po kei wyczuwszy pewnie szansę na mandat. Zmykamy, wybieramy kotwicę i szukamy innego miejsca, ale kotwica nie idzie. Zakleszczyła się gdzieś pod wodą. Kilka szarpnięć silnikiem i już wszystko jasne. Złapaliśmy kotwicą jakąś wielką, starą sieć w samym środku portu. Bez nurkowania się nie obejdzie. Nie mogłem tego DSC02769zrobić osobiście, bo w tych okolicznościach jakoś nie było, komu oddać ster. Po godzinie udało nam się odciąć od sieci. Po wolnych miejscach zostało tylko marzenie. Popłynęliśmy do sąsiedniej zatoki Mandraki. Rzuciliśmy kotwicę tuz przy plaży i restauracji. Załoga zabrała ponton i wyruszyła do Hydry pieszo. Zatoka była bardzo malownicza, na pirsie stała wielka huśtawka z baldachimem i poduszkami. Na plaży kilka wielkich dmuchanych zabawek i motorówka-taksówka. Było to dokładnie w moje urodziny, w połowie sierpnia. Woda miała 27c a ja wylegiwałem się na plaży nocą tuż obok jachtu, z puszką piwa w ręku słuchałem cykad. Po chwili przyszedł kelner i zapytał czy jeszcze czegoś sobie życzę, bo zamykają. Powiedziałem, że nie i poprosiłem o rachunek. Potem udałem się wpław na jacht, nastawiłem muzykę i poszedłem spać na pokładzie. Taka urodzinowa wachta kotwiczna pod masztem. Bardzo polecam aplikację na telefon komórkowy „Trekbuddy”. Posiada bardzo pożyteczną funkcję – alarm kotwiczny.
Nazajutrz popłynęliśmy do Merichas obejrzeć podwójną plażę, potem do Finkas a stamtąd mieliśmy zamiar dopłynąć do Zdjęcie0628Mykonos ale wiatr o sile 60 w. na to nie pozwolił. Pogoda była taka, że mimo bezchmurnego nieba, morze zlało się z powietrzem w jedno, oczy nam piekły i zrobiły się czerwone od słonej wody. Za nami w przechyle około 10 stopni halsował wielki prom próbując zbliżyć się do Tinos. Mieliśmy postawionego grota na drugim refie, silnik puszczony cała naprzód a jacht stał w przechyle i prawie nie posuwał się na przód. Liczyłem, że pod wyspą uda się spokojnie zrzucić grota, bo teraz z pewnością skończyłoby się to nieszczęściem. Po chwili wiatr się jeszcze wzmógł, wyspa zdawała się działać jak skrzydło samolotu. Widoczność bardzo spadła i mimo bliskości brzegu i środka dnia zacząłem płynąć na kompas. Do morza z brzegu wpadało sporo śmieci, trąbiły samochody, wszystko to zaczynało wyglądać na jakiś kataklizm. Wreszcie pod samym brzegiem wiatr zaczął słabnąć. Kiedy zapytałem o to kolegę, spojrzał na wiatromierz i potwierdził, spadło do 50 w. Byliśmy pod samym klifem i powiedziałem, że zrzucamy grota. Załoga zawiązała krawatami żagiel w lazzy jacku. Teraz był czas na decyzję, czy płyniemy do Mykonos czy cumujemy w Tinos. Zdecydowałem się na Tinos. Trzeba było jeszcze tylko zacumować. Kotwica za burtę, cumy na rufie DSC 0154gotowe, obijacze wiszą, cała wstecz a jacht jak zwykle ani drgnie. Silnik wyje, leci czarny dym a my stoimy. Wreszcie bardzo powoli zaczęliśmy posuwać się do tyłu, zniosło nas na skutek efektu śruby i silnego wiatru, ale płyniemy i pirs coraz bliżej. Krzyczę żeby obaj ludzie z rufy skoczyli na ląd i od razu obłożyli cumy, obyśmy tylko z powrotem nie odpłynęli albo nie trafili w sąsiada. Udało się, przy pomocy szpringów i kabestanów zaparkowaliśmy w końcu tak jak trzeba. To był chyba najsilniejszy wiatr, przy jakim miałem „przyjemność” żeglować. Zniszczenia, jakie były w mieście i dzikie odgłosy wskazywały na to, że wiatromierz raczej nie był zepsuty. Jacht Gibsea 43.4 okazał się dużo bardziej dzielny niż na przykład Bavaria 44 albo Beneteau, 47 na jakich w międzyczasie pływałem. Gdybyśmy wiatr o takiej sile spotkali na Bałtyku, krótka i wysoka fala pewnie doprowadziłaby do nieszczęścia. Taki wiatr na Morzu Północnym zostałaby uznany za jakiś huragan. Tutaj wszystko wydawało się żyć jak zwykle. Taką pogodę mieliśmy do końca pierwszego tygodnia. Kiedy śliczne Licho wysiadła na ląd, wiatr zginął. Pozostał tylko upał i flauta. Przez następne trzy tygodnie pogoda była plażowa, czegoś brakowało, czegoś albo kogoś.

 A.